Notice: Undefined index: wojaż in /home/www/remek/www.remek.internecik.com/rower/wojaze/index.php on line 24
rowerowe Strona główna Rowerowe Galeria Linki
Rajdy Wojaze Statsy Kalkulator




Wiosenisko 2002
Wiosenisko 2001
Wiosenisko 2000
Maraton Gdańsk-Wizna 99'
Włochy 98'
Tour de Europe 96' (pamiętnik)
Maraton Gdańsk-Poznań 95'
   
Notice: Undefined index: co in /home/www/remek/www.remek.internecik.com/rower/wojaze/index.php on line 93
Na tej stronce prezentuje wojaże odbyte przezemnie w ciągu wielu lat mojej przygody z rowerem.

Maraton ten zrobiłem kiedy znów zaczeło mi brakować eXtremalnych wyzwań.
Mineły już 3 lata. Siedzę przed komputerem i dochodze do wniosku, iż trzeba by uzupełnić tą stronkę póki pamięć nie zawodzi.

A więc jak to było, i co (jak powiedzą niektórzy) mi odbiło. Ładnie się zrymowało :).
Nad trasą Gdańsk - Białystok myślałem już od dawna. Robiłem sobie plany, układałem trasę, robiłem wyliczenia i rozplanowywałem imprezę czasowo. No ale skąd wogle zainteresowanie trasami długodystansowymi ? Hmm, po części na pewno zrodziło się to z faktu iż nie miałem samochodu, a bardzo chciałem być w odległych zakątkach Polski. Drugą sprawą jest fakt, iż mało osób zajmuje się takimi wypadami, a więc było to coś nietypowego. Myślę, duży wpływ miały także kobiety. Tak, kobiety. A mianowicie dlatego, iż podziawiałem ich wytrzymałość. To było dla mnie niesamowite, gdy widziałem dziewczynę dającą sobie lepiej radę na trasie wytrzymałościowej niż 'mięśniak'. Bardzo wtedy chciałem wypracować sobie wytrzymałość fizyczną, ale także i psychiczną. Tak bo psychika nieŸle dostała w kość na studiach.
Podsumowując: ciekawość, fascynacja, chęć pracy nad sobš, wyzwanie były moim motorem.

Tak więc nad trasą do Białegostoku myślałem już wcześniej. Dodam, iż rok wcześniej wyjazd był juz dogadany z kolegą. Nawet więcej, byliśmy już umówieni. Niestety coś mu waznego wypadło i nie wypalił. Mogłem sam jechać, ale nie czułem się wtedy na siłach. Pomysł jednak tkwił w mojej głowie. I oto rok póŸniej słyszę : "Jadę do cioci na wieś. Kto chce jechać?". To były słowa taty. Nie zastanawiając sie dużo postanowiłem, pojadę w nimi. Posłużą mi jako wsparcie techniczne. Przedstawiłem pomysł ojcu. No ale wiecie jak to jest z niektórymi tatami. Usłyszałem wtedy począwszy od: "Odbiło Ci?", a skończywszy na: "Nie ma mowy". No ale niestety dla niego :), uparłem się. Naświetliłem całą sprawę i przekonałem go iż dam radę, a jeśli by coś nie wypaliło to właśnie on pomoże mi i ewentualnie zapakujemy rower do samochodu.
Plan był taki. Ja wyjeżdżam z domu o 4 rano. Jadę trasą, którą obaj mieliśmy w małym palcu. Przedstawia się ona następująco : Elbląg, Ostróda, Olsztynek, Jedwabne, Szczytno, Myszyniec, Łomża, Wizna, Tykocin. Oni mieli wyjechać dość póŸno, bo o 10:30, tak aby spotkać się nad jeziorem w połowie drogi.

Wyjechałem z domu 15 po 4. Było ciemno i lekko zimno. Mimo iż był to środek lata trzeba było ubrać sie cieplej nawet w ciuchy zimowe. W planie miałem postoje co 50 kilometrów. Niestety energia rozpierała mnie a do tego jechało sie lekko, i pierwszy postój "przejechałem" o 30 kilometów. Jak się potem okazało zrobiłem wielki błąd. Mięśnie nie rozgrzały się odpowiednio i po 80 km zaczołem opadać z sił, a do tego robiły się zakwasy. Wymuszony postój miałem na przystanku gdzieś koło 5:30. Jadłem sobie banana kiedy rolnik przechodził na pole. Nie chcąc "tracić" czasu szybko zebrałem się i pojechałem dalej. Niestety mięśnie dawały o sobie znać. Następny postój miałem kilka km dalej. Tym razem był to dłuższy postój. Odetchnołem i wolno ruszyłem w trasę. Musiałem jednak jechać wolno przez wilele kilometrów aby rozprowadziœ kwasy mlekowe i rozluŸnić mięśnie. Kilometry wolno mijały. Do tego jazda obok śmigających samochodów była strasznie męcząca. Zaczołem się wkurzać z faktu, iż tak się wlokę w stosunku do aut. Po drodze miałem jeszcze przygodę ze szprychami. Oczywiście centowanko. Nie srawiło mi to trudności, niejedno koło się wcześniej wycentrowało.

Z tej części trasy wspominam jeszce tylko postój w lesie na jekieś 20 minut, z krótką drzemką. A potem już .... drugi postój w lasku z braki sił. Dodatkowo dobiło mnie wtedy, iż pomyliłem się myśląc, że na Szczytno skręca się Ostródzie. A tu trzeba było jeszcze kręcić 30 km do Olsztynka. No więc leżę w lasku i nie mogę już bo nie ma tego Olsztynka. Jak wstałem i podjechałem na szczyt górki to się uśmiełem z siebie, gdyż ...Olsztynek był właśnie za tą górką :). Wstąpiły we mnie wtedy nowe siły ! Zjad na rynek. Małe zakupy i heja nad jezioro. A tam obiadek i może kąpiel. Do tego wszystkiego zmienił się wreszcie teren. Skończył się mdły płaski a zaczoł urozmaicony ! :), a to tego z bujną przyrodą. Aż chciało się jechać. Po godzince byłem na umówionym miejscu. Tato już czekał z obiadem, wszystko było gotowe. Po obiadku kąpiel z braciszkiem Tytusem, a potem drzemka półgodzinna.

Po godzinie zebrałem się w dalszą podróż. Już po 20 km byłem w Szczytnie. Postanowiłem wesprzeć się RedBullem. Fajny napój, w sumie to pomógł mi na 30 minut. Dalej na Myszyniec. Nogi dają znać o sobie. Zaczynam opadać z sił. Niedobrze się dzieje. No ale co zrobić ? Myślę sobie iż fajnie by było spotkać jakąś rowerzystkę lub rowerzystę i pogadać trochę. Moje marzenia spełniło się. Dogoniłem chłopaka na góralu. Gdy mnie zauważył zaczoł przyspieszać. Było mi to na rękę, gdyż jejchałem za nim 30 km/h nie męcząc się specjalnie. Okazało się, iż chłopak jest ze Szczytna i jedzie w odwiedziny do Myszyńca. Dowiedziałem się także, iż jest lekkoatletą. Zdziwił się nieco jak się dowiedział, iż jadę z Gdańska. A już wogle nie wiedział co na powiedzieć jak zaczeło brakować mu sił i zaczoł zwalniać a ja jechałem dalej wysokim tępem. Szcerze mówiąc podładowało mnie to i nabrałem nowych sił. Niestety musiałem pożegnać się, gdyż jechał za wolno. Poleciałem dalej. W Myszyńcu był juz tata. Czekał na mnie. Oczywiście zapytał czy nie chcę zrezygnować. W tej sytuacji nie mogłem nic mówić o bólu w ścięgnie prawego kolana. Założyłem opaskę i zacisnołem ją mocno, było ok. Umówiłem się jeszcze iż poczeka na mnie nad Narwią w WiŸnie. Będzie tam siedział do 21:00. W sumie to nie zależało mi na tym, bo chciałem całą trasę przejechać.

Dalej na Łomżę. Znałem już drogę, miała bardzo złą nawierzchnię. Przygotowałem się więc psychicznie. Niestety zbyt mało się przygotowałem, wytrząsło mnie znacznie gorzej niż przypuszczełem. Wytrząsło ponieważ, droga wyglądała tak jakby przejechał tam spychacz. Miałem tez niezłą przygode po drodze. Od lewej zbliżała się czarna chmura deszczowa. Do tego zaczeło mocniej wiać i robiły się małe trąby powietrzne. Lekko się przestraszyłem, iż zmoczy mnie i dałem mocniej po pedłach. W końcu udał mi się dojechać do Nowogród, tu asfalt jest już płasciutki. O dziwo jadąc po nierównym asfalcie miałem dużo sił i jechałem ostro. A jak tylko wjechałem na asfelt dobry, to od razu opadłem z sił. Tak oto zrodził sie kolejny postój. Swoją drogą ładne miejsce nad rzeką Narew. Na górce stoi czołg, niżej są bunkry. Przebalowałem tam kilkanaście minut i dalej w drogę. Gdy dojechałem do Łomży byłem ledwo żywy. Pamiętam to jak dziś, gdy weszłem na stację bezynową i rzuciłem zapytanie do środka: "Czy jest RedBull?". Co prawda była tam samoobsługa, ale sprzedawca spojrzał na mnie i od razu zrozumiał. Sam podał mi puszkę i zainkasował pieniądze poza kolejką. Dostałem puszkę i resztę, poszedłem na krawężnik i .... siedziałem i piłem. Nie miałem na nic więcej sił. Zastanawiałem się tylko czy możliwe jest w tych warunkach zajechanie do Tykocina. W sumie to nie obawiałem się niczego, nawet jeśli brakło by mi sił. Byłem już taki naładowany energią i radością z przejechania koło 320 km, a więc tyle ile wynosił mój dotychczasowy rekord. Zebrawszy siły pojechałem po woli. Znów się rozkręcałem. W Piotrowie skręciłem w prawo. I wtedy właśnie stała się dziwna sprawa. Ruch samochodowy ustał, a do tego nie dało się odbierać żadnej fali radiowej. Ale było głupio, głupio ponieważ jak to młody człowiek byłem przyzwyczajony że cały czas coś mi brzęczało w uszach. Kawałek dalej miałem jeszcze jeden postój na banana. Pamiętam jak przyglądał mi się z daleka ze swojego podwórka rolnik, który wrócił już z pracy - z pola. Zacząłem się wtedy zastanawiać nad zajechaniem do samego Tykocina. Trzeba by było przejechać jeszcze 80 km. Do Wizny było bliżej, jakieś 30 km. Pytaniem tylko było czy zdąże na 21:00. Było ciężko. Zebrałem jednak siły i zaczołem kręcić. Nie wiem skąd miałem wtedy tyle sił. Moja prędkość wynosiła 28-30 km/h. I nie ważne czy było pod górkę czy po płaskim. Pędziłem jak nowonarodzony. w sumie to nie wiedziałem jak długo tak wytrzymam. Okazało się póŸniej, iż jechałem tak prawie godzinę. Na końcu miałem jeczsze totalne szczęście, gdyż spotkałem tatę, gdy akurat wyjeżdżał na drogę. Wystarczyło więc abym przyjechał dosłownie kilkanaście sekund póŸniej i nie spotkalibyśmy się. Dodam, iż było wtedy 15 mint po 21:00. Podjołem decyzję, iż nie ma co dalej kręcić. W sumie to rekord jest ustanowiony. Prędkość średnia też była rekordowa, gdyż wynosiła 26,7 km/h. W sumie na rowerze siedziałem 13 godzin i 15 minut. Na postoje poświęciłem 4 godziny. Także całość zajęła mi 17 godzin i 15 minut. Zabrałem się do samochodu i pojechaliśmy. Oglądałem jeszcze przez okno co by mnie czekało. A byłaby to jazda w totalnych ciemnościach, bez żywej duszy na około.

W rodzinnej wiosce taty byliśmy po 22:00. Nie musiałem się nawet chwalić wyczynem, zrobił to za mnie tata. W końcu mógł się przytym pochwalić jakiego ma syna :). Wujek starym zwyczajem wojął pół litra i łyknęliśmy po kieliszku. W sumie to nie piję ale za wsi robię zawsze wyjštek. No a do tego trzeba było oblać sukces. Po tym maratonie nie czułem wogle zmęczenia, było to dziwne dla mnie, gdyż pamiętam poprzedni wyjazd kiedy to ledwo się ruszałem :) Nastepnego dnia czułem się tak dobrze, iż zastanawiałem się czy wogle przejechałem taki długi dystans. Jedyne co mnie utwierdzało w tym przekonaniu, to to że nie mogłem patrzeć na rower przez następne pięć dni. No ale szóstego pojechałem rozgrzać mięśnie.

Ten maraton dał mi inne spojrzenie na coś czego według ludzi nie da się zrobić. Na początku dziwnie się czułem, że mi nie wierzą iż tego dokonałem. Ale póŸniej śmiałem się z tego faktu, gdyż wiedziałem że zrobiłem coś na tyle wielkiego, że ludzie po prostu nie umieją sobie wyobrazić, iż to jest możliwe.

Wtedy poczułem, że można zrobić jeszcze więcej. Dziś pisząc ten tekst próbuję sobie przypomnieć kiedy wpadłem na pomysł przejachania trasy Gdańsk - Zakopane. Wielkie wyzwanie. No ale sądze, że realne, gdyż w tym roku (2002) o mało co a przejechałbym trasę Gdańsk - Częstochowa. Niestety praca i inne sprawy wpłynęły na obniżenie formy i nie mogłem jechać z kolegą, który przejechał tą trasę w czasie 28 godzin. Gratuluję Tomek!


Copyright © 2001 Remigiusz  
Powered by HTML, Java Script, PHP & MySQL
Zobacz mnie na GoldenLine